Zachęcony poprzednią edycją imprezy RMI Trance X-plosion postanowiłem pomimo wszelkich niedogodności losu pojechać do Poznania po raz kolejny. Tym chętniej że główną gwiazdą był sam Armin van Buuren - didżej, który moim skromnym zdaniem jest najlepszym live djem na tym marnym ziemskim globie. Jeszcze bardziej zachęciło mnie tempo w jakim rozeszły się bilety zarówno te w sprzedaży jak i te które portal rozdawał w konkursie - o wygranej decydowały dosłownie minuty. I pomimo niedociągnięć było ok., ale impreza ta pokazała jak bardzo organizatorom jakichkolwiek imprez przydałyby się studia wyższe. Czasami logiczne myślenie nie wystarcza i w momencie gdy za coś płacimy, mamy prawo i obowiązek wymagać.
Polećmy chronologicznie. Wszystko rozpoczęło się od konferencji prasowej w Centrum Konferencyjnym Lecha z udziałem samego Armina oraz Markus'a Schulza. Dopisała frekwencja, co jest rzadkością na konferencjach prasowych tego typu event'ów - na liście dziennikarzy akredytowanych na samą konferencję były 53 pozycje; dodam iż każde medium mogło wystawić maksymalnie jednego przedstawiciela na konferencję, a na sam event do dwóch osób. Tak naprawdę mógł wejść każdy a było warto - poleciały ciekawe pytania, był catering i piwko bez limitu - nie tylko Lech... Z ciekawszych pytań: obaj artyści ustosunkowali się do wypierania winyli przez cedeki - Armin kategorycznie stwierdził iż pomimo ogromnej miłości z przyczyn organizacyjnych nie ma jak targać ze sobą choć części z 1600 pozycji jakie posiada. Marcus powiedział że w zależności od odległości do przebycia jakiś ze sobą zabiera. Była także mowa o rankingach - artyści wnioskowali iż nie można zastawiać obok siebie np. Tiesto i Carla Cox'a, jak robi to np. słynny ranking Dj Mag, gdyź kroczą oni całkiem odmiennymi ścieżkami. Także wyznali nam iż jako dje nie konkurują ze sobą, tylko ich celem jest edukacja i otwieranie horyzontów na nową muzykę najwyższej klasy. Armin został oczywiście zapytany o utwory które polecą w trzysetnej(!) odsłonie jego audycji A State of Trance; odpowiedź była do przewidzenia - "tajemnica". Następnie obaj artyści udali się na spotkanie z fanami połączone z rozdawaniem autografów, a głodni i wyziębnięci dziennikarze rzucili się na catering.
Pierwszym artystą, którego słyszałem, była wschodząca gwiazda agencji Sentence - John Hetmond. Jak dla mnie rozpoczął dobrze, wprawiając ludzi w klimat imprezy - czystą esencję muzyki trance. Powiedziałbym nawet że jej cięższą odmianę ... ... - masywna linia melodyczna, brak lub bardzo mało wokali. Kolejni byli Turbo vs Ando - polski duet, który wypadł bardzo dobrze, trochę odbiegając jednak od wstępu swojego poprzednika - dużo wokali, wyższy poziom melodyczności - bardziej miłej dla ucha. Po nich zaprezentował się Sander van Doorn - grając po prostu perfekcyjnie, diametralnie inaczej od polskich poprzedników; widać było po reakcji publiczności że to właśnie na to wszyscy czekali - światowy poziom, dużo energii, łagodne podejście do masywnych dźwięków. Zaskakująco zaprezentował się Remy, bezpośrednio supportujący Armina van Buurena. Od zawsze kojarzył mi się z naprawdę ciężkimi setami, w których nie każdy potrafi się odnaleźdź. Tutaj było lajtowo - jakieś przebłyski tęgości się pojawiały, aczkolwiek generalnie klimat seta był bardzo spokojny - takie przygotowanie do gwiazdy wieczoru. I stało się - po raz drugi w Polsce zaprezentował się sam mistrz tworzący klasę sam dla siebie. Nie zawiódł - raczej zachęcił do przybycia, gdy będzie u nas gościł po raz kolejny. Jeśli jest tak jak powiedział na konferencji - że nigdy nie wie jaki kawałek będzie następny w jego secie, to ich dobór wychodzi mu perfekcyjnie. Nie sposób przewidzieć co będzie następne i tak naprawdę o to chodzi - o spontaniczną reakcję na reakcję zgromadzonego audytorium, a że ono najczęściej szaleje to dj nie może pozostać obojętny. Po Arminie zagrał Markus Schulz, podkreślając nagrzaną atmosferę poprzez mocniejsze bity podobne do tych zaprezentowanych na początku przez Johna Hetmonda. Niestety cześć publiczności opuściła halę - być może niektórzy pojawili się tylko dla Armina, być może Marcus za bardzo odbiegł od wcześniejszych setów. A być może to przez panujący w foyer Areny chłód - na zewnątrz był mróz rzędu minus kilkunastu stopni, ciepło było jedynie w środku samej hali. Niektórzy a zwłaszcza niektóre laski poubierały się na zasadzie "poszukuje męża", dodajmy do tego wszechobecne dropsy które można było nabyć nawet od ochrony tak więc o wychłodzenie organizmu było bardzo łatwo.
Druga strona imprezy. Jak zwykle, o 22 zabrakło miejsc w szatni - nie wiem czyja jest to wina czy agencji Essence Music czy hali Arena ale jest to sytuacja żenująca, powtarzająca się co jakiś czas tak więc pora coś z tym zrobić. Gastronomia - na całym obiekcie było jedno stoisko z ciepłym jedzeniem, oblegane non stop tak więc zanim się odstało swoje w kolejce drugie tyle czekało się np. na hotdoga w supercenie 7 PLN. Nie było stoiska ludzi ... ... z Alternative Dance - normalnie zawsze są na eventach Agencji, rozdają m.in. stopery, co przy wysokim poziomie nagłośnienia naprawdę się przydaje. Teraz najśmieszniejsza rzecz... normą na wszelkich imprezach masowych jest, że pod danym obiektem stoi mnóstwo taksówek chętnych zabrać nas wszędzie po cenach niekoniecznie rynkowych. Pod Areną po imprezie takowych nie było, więc ludzie zabijali się o taksówki. Jak już wspomniałem, panował siarczysty mróz więc gdybym chciał iść piechotą do dworca PKP to nie wiem czy bym doszedł albo w jakim stanie. Na moje szczęście trochę od samej hali złapałem kierowcę który akurat kogoś odwoził i dosłownie w ostatniej chwili już po gwizdku na odjazd wbiegłem do pociągu. W ciepłym przedziale odreagowałem tę mroźną noc, pisząc właśnie ten tekst. Na szczęście nie zawiódł ten który miał nie zawieźć, czyli Armin van Buuren. Zaprezentował licznie zgromadzonym fanom porządną dawkę muzyki na wysokim poziomie. Jak dodamy do tego grę świateł, najlepsze wizualizacje jakie widziałem do tej pory oraz euforię ludzi w Arenie, wychodzi mix które niesie ze sobą tak na maxa pozytywną energię, że wszelkie minusy idą w zapomnienie. Do zobaczenia na kolejnym evencie agencji essence Music - Tiesto Elements of Life, 14 kwietnia we Wrocławiu. Info wkrótce na stronach portalu. (11.02.2007 19.29) rysiU - www.homopak.plZachęcony poprzednią edycją imprezy RMI Trance X-plosion postanowiłem pomimo wszelkich niedogodności losu pojechać do Poznania po raz kolejny. Tym chętniej że główną gwiazdą był sam Armin van Buuren - didżej, który moim skromnym zdaniem jest najlepszym live djem na tym marnym ziemskim globie. Jeszcze bardziej zachęciło mnie tempo w jakim rozeszły się bilety zarówno te w sprzedaży jak i te które portal rozdawał w konkursie - o wygranej decydowały dosłownie minuty. I pomimo niedociągnięć było ok., ale impreza ta pokazała jak bardzo organizatorom jakichkolwiek imprez przydałyby się studia wyższe. Czasami logiczne myślenie nie wystarcza i w momencie gdy za coś płacimy, mamy prawo i obowiązek wymagać. Polećmy chronologicznie. Wszystko rozpoczęło się od konferencji prasowej w Centrum Konferencyjnym Lecha z udziałem samego Armina oraz Markus'a Schulza. Dopisała frekwencja, co jest rzadkością na konferencjach prasowych tego typu event'ów - na liście dziennikarzy akredytowanych na samą konferencję były 53 pozycje; dodam iż każde medium mogło wystawić maksymalnie jednego przedstawiciela na konferencję, a na sam event do dwóch osób. Tak naprawdę mógł wejść każdy a było warto - poleciały ciekawe pytania, był catering i piwko bez limitu - nie tylko Lech... Z ciekawszych pytań: obaj artyści ustosunkowali się do wypierania winyli przez cedeki - Armin kategorycznie stwierdził iż pomimo ogromnej miłości z przyczyn organizacyjnych nie ma jak targać ze sobą choć części z 1600 pozycji jakie posiada. Marcus powiedział że w zależności od odległości do przebycia jakiś ze sobą zabiera. Była także mowa o rankingach - artyści wnioskowali iż nie można zastawiać obok siebie np. Tiesto i Carla Cox'a, jak robi to np. słynny ranking Dj Mag, gdyź kroczą oni całkiem odmiennymi ścieżkami. Także wyznali nam iż jako dje nie konkurują ze sobą, tylko ich celem jest edukacja i otwieranie horyzontów na nową muzykę najwyższej klasy. Armin został oczywiście zapytany o utwory które polecą w trzysetnej(!) odsłonie jego audycji A State of Trance; odpowiedź była do przewidzenia - "tajemnica". Następnie obaj artyści udali się na spotkanie z fanami połączone z rozdawaniem autografów, a głodni i wyziębnięci dziennikarze rzucili się na catering. Pierwszym artystą, którego słyszałem, była wschodząca gwiazda agencji Sentence - John Hetmond. Jak dla mnie rozpoczął dobrze, wprawiając ludzi w klimat imprezy - czystą esencję muzyki trance. Powiedziałbym nawet że jej cięższą odmianę - masywna linia melodyczna, brak lub bardzo mało wokali. Kolejni byli Turbo vs Ando - polski duet, który wypadł bardzo dobrze, trochę odbiegając jednak od wstępu swojego poprzednika - dużo wokali, wyższy poziom melodyczności - bardziej miłej dla ucha. Po nich zaprezentował się Sander van Doorn - grając po prostu perfekcyjnie, diametralnie inaczej od polskich poprzedników; widać było po reakcji publiczności że to właśnie na to wszyscy czekali - światowy poziom, dużo energii, łagodne podejście do masywnych dźwięków. Zaskakująco zaprezentował się Remy, bezpośrednio supportujący Armina van Buurena. Od zawsze kojarzył mi się z naprawdę ciężkimi setami, w których nie każdy potrafi się odnaleźdź. Tutaj było lajtowo - jakieś przebłyski tęgości się pojawiały, aczkolwiek generalnie klimat seta był bardzo spokojny - takie przygotowanie do gwiazdy wieczoru. I stało się - po raz drugi w Polsce zaprezentował się sam mistrz tworzący klasę sam dla siebie. Nie zawiódł - raczej zachęcił do przybycia, gdy będzie u nas gościł po raz kolejny. Jeśli jest tak jak powiedział na konferencji - że nigdy nie wie jaki kawałek będzie następny w jego secie, to ich dobór wychodzi mu perfekcyjnie. Nie sposób przewidzieć co będzie następne i tak naprawdę o to chodzi - o spontaniczną reakcję na reakcję zgromadzonego audytorium, a że ono najczęściej szaleje to dj nie może pozostać obojętny. Po Arminie zagrał Markus Schulz, podkreślając nagrzaną atmosferę poprzez mocniejsze bity podobne do tych zaprezentowanych na początku przez Johna Hetmonda. Niestety cześć publiczności opuściła halę - być może niektórzy pojawili się tylko dla Armina, być może Marcus za bardzo odbiegł od wcześniejszych setów. A być może to przez panujący w foyer Areny chłód - na zewnątrz był mróz rzędu minus kilkunastu stopni, ciepło było jedynie w środku samej hali. Niektórzy a zwłaszcza niektóre laski poubierały się na zasadzie "poszukuje męża", dodajmy do tego wszechobecne dropsy które można było nabyć nawet od ochrony tak więc o wychłodzenie organizmu było bardzo łatwo. Druga strona imprezy. Jak zwykle, o 22 zabrakło miejsc w szatni - nie wiem czyja jest to wina czy agencji Essence Music czy hali Arena ale jest to sytuacja żenująca, powtarzająca się co jakiś czas tak więc pora coś z tym zrobić. Gastronomia - na całym obiekcie było jedno stoisko z ciepłym jedzeniem, oblegane non stop tak więc zanim się odstało swoje w kolejce drugie tyle czekało się np. na hotdoga w supercenie 7 PLN. Nie było stoiska ludzi z Alternative Dance - normalnie zawsze są na eventach Agencji, rozdają m.in. stopery, co przy wysokim poziomie nagłośnienia naprawdę się przydaje. Teraz najśmieszniejsza rzecz... normą na wszelkich imprezach masowych jest, że pod danym obiektem stoi mnóstwo taksówek chętnych zabrać nas wszędzie po cenach niekoniecznie rynkowych. Pod Areną po imprezie takowych nie było, więc ludzie zabijali się o taksówki. Jak już wspomniałem, panował siarczysty mróz więc gdybym chciał iść piechotą do dworca PKP to nie wiem czy bym doszedł albo w jakim stanie. Na moje szczęście trochę od samej hali złapałem kierowcę który akurat kogoś odwoził i dosłownie w ostatniej chwili już po gwizdku na odjazd wbiegłem do pociągu. W ciepłym przedziale odreagowałem tę mroźną noc, pisząc właśnie ten tekst. Na szczęście nie zawiódł ten który miał nie zawieźć, czyli Armin van Buuren. Zaprezentował licznie zgromadzonym fanom porządną dawkę muzyki na wysokim poziomie. Jak dodamy do tego grę świateł, najlepsze wizualizacje jakie widziałem do tej pory oraz euforię ludzi w Arenie, wychodzi mix które niesie ze sobą tak na maxa pozytywną energię, że wszelkie minusy idą w zapomnienie. Do zobaczenia na kolejnym evencie agencji essence Music - Tiesto Elements of Life, 14 kwietnia we Wrocławiu. Info wkrótce na stronach portalu. (11.02.2007 19.29) rysiU - www.homopak.pl |