 Edward Pasewicz (Fot. Lukasz Cynalewski /AG) 27.07.2009 11:13 - Poznań dzięki bliskości Berlina jest mentalnie nowocześniejszy niż reszta Polski. Ale to moje miasto zupełnie rozpadło się podczas spacyfikowanego Marszu Równości w 2005 r. Poczułem wtedy ogromny żal i wściekłość - mówi pisarz Edward Pasewicz. Gdyby dzisiaj Edward Pasewicz, poeta, pisarz i kompozytor, został prezydentem Poznania, postawiłby na kulturę. - Jak staniesz na rynku i rzucisz jabłkiem, to trafisz pięciu artystów. Miasto tego nie wykorzystuje - mówi. - Wrocław daje duże pieniądze na imprezy kulturalne, bo one momentalnie poprawiają wizerunek miasta. Zagraniczni inwestorzy też zwracają na to uwagę, a nie tylko na tanią siłę roboczą. Czemu w Poznaniu nie odbywają się ciągle festiwale? Do cholery, czy to miasto musi być kojarzone tylko z kupcami i biznesmenami? - denerwuje się. Michał Wybieralski: Prezydent Grobelny pewnie by zapytał: komu zabrać pieniądze, żeby dać artystom? - Choćby zespołom ludowym, w które miasto pompuje ogromne sumy. Tak z ręką na sercu, to kogo one obchodzą? Rozumiem, że kasy brakuje. Ale tu chodzi o podejście, o drobne wsparcie. Jak idziesz do urzędników od kultury, to patrzą na ciebie, jakbyś chciał im wyrwać kawałek mięsa z talerza. Pasewicz chciałby też zmienić poznańską drętwotę. - Proszę zobaczyć, jak Warszawa podchodzi do swojego Powstania, a jak Poznań do Czerwca '56. U nas wszystko musi być takie akademijne, z wielką pompą. Zamiast fajnego komiksu była ta nieszczęsna "Ca Ira" Rogera Watersa. Jeszcze raz przywołuje Wrocław z jego hasłem "Miasto spotkań". - To dobrze brzmi, kojarzy się pozytywnie - uważa. - A "Poznań know how" tworzy wizerunek miasta korporacji, stolicy wielkiego biznesu. Jak dalej tak będziemy postępować z kulturą, to będziemy też stolicą wielkiej intelektualnej biedy - alarmuje. Prezydent Pasewicz postawiłby też na historię i tradycję miasta. - Jak mówimy komuś, że tu zaczęła się Polska, to robi to wrażenie. Ale tego też nie potrafimy wykorzystać. Poznań wstydliwie i skwapliwie pomija swoją pruską historię. Wiedział pan, że na ul. Podgórnej 6 urodził się Paul von Hindenburg, prezydent Republiki Weimarskiej? Poznań ma wiele takich historycznych ciekawostek. Nie rozumiem, czemu nie powstają o nich artykuły. To zadanie dla "Gazety", by pokazać mieszkańcom, jaką Poznań ma barwną historię. Ona też może służyć do promowania miasta - mówi pisarz. - Pan ciągle narzeka na Poznań, a jednak tu mieszka - zauważam. - Z perspektywy rodzinnego Międzyrzecza ... ... Poznań zawsze był punktem docelowym. Mógłbym jeszcze mieszkać w Krakowie, a na świecie, to w Barcelonie. W Krakowie siadasz przy rynku, wypijasz kawę i sztoka, rozmawiasz z ludźmi, wydaje ci się, że minęła chwila, a to kilka godzin. Mam w sobie dozę rozwlekłości. Jakby na to nałożył się krakowski spleen, to już nic bym nie zrobił. A w Poznaniu w powietrzu czuć pośpiech. To dopinguje do pracy. Poznań to miasto zawałowców, a Kraków - wrzodowców - uśmiecha się. - Mówi pan, że o Poznaniu pisze się albo budyniowato, jak w "Jeżycjadzie" Małgorzaty Musierowicz, albo okrutnie, jak w pańskiej powieści "Śmierć w darkroomie". Co to miasto panu zrobiło, że jest pan wobec niego okrutny? - pytam.
- Kiedy na początku lat 90. rodził się w Polsce ruch gejowski, Poznań jawił mi się jako mekka. Wydawało mi się, że to tolerancyjne miasto. Dzięki bliskości Berlina jest mentalnie nowocześniejsze niż reszta Polski. To moje urojone miasto zupełnie rozpadło się podczas spacyfikowanego Marszu Równości w 2005 r. Poczułem wtedy ogromny żal i wściekłość. Podczas manifestacji oberwałem końskim gównem, rzucali w nas kibole, a to końskie łajno i tak było chyba lepsze od kamieni czy butelek - opowiada Pasewicz. - Od tego marszu zaczyna się też moja książka.
Kiedy radny PiS Michał Grześ oskarżył słonia Ninio z poznańskiego zoo o gejostwo, Pasewicz ze znajomymi artystami zorganizował festiwal promujący tolerancję. - Poznaniacy dobrze na niego zareagowali. Pokazali, że mają poczucie humoru - mówi Pasewicz. - Dzięki temu odbudowuję tolerancyjny Poznań z moich wyobrażeń. To podobno najbardziej gejowskie miasto w Polsce. W zeszłym roku było takie badanie w "Dzienniku". Wyszło z niego, że 7 proc. mieszkańców to geje - mówi.
- To jak to jest z tym Poznaniem? Jest gejowski i tolerancyjny czy ksenofobiczny? - dociekam. - To mieszczańskie miasto. Tu wielu rzeczy się nie zauważa, bo nie wypada. Poznań wszystkie skandale zjada i trawi, wszyscy o nich zapominają. O sprawie Paetza i Kroloppa wszyscy wiedzieli, ale milczeli. - Jak pan się czuje jako dyżurny gej Poznania? - pytam. - Wolę być głosem rozsądku. Jak dziennikarz pyta, co myślę o zawłaszczaniu Oscara Wilda przez katolików, to mówię, że ani on tylko katolicki, ani tylko gejowski.
Tydzień temu w ramach Manii Poznania po mieście oprowadzał prezydent Ryszard Grobelny. Pokazał "jazdę obowiązkową" - Stary Rynek i Stary Browar. Pasewicz pokazuje nam drugą twarz Poznania. Prowadzi śladem zapomni ... ... anych historii, po zaniedbanych podwórkach, między secesyjnymi kamienicami. Omija Stary Rynek. - Nie lubi pan rynku? - dziwię się. - Nie przepadam za nim w święta i weekendy. Pełno tam ludzi. Rynek najlepiej wygląda w zimowe poranki, kiedy jest cały zaśnieżony. Lubię Chwaliszewo, gdzie mieszkam. To miejsce zachowało swój dawny, wyspiarski klimat. Czuję się tu trochę jak na wsi. Zdaniem Pasewicza Chwaliszewo znów powinno być wyspą, trzeba odkopać stare koryto Warty. - Bardzo lubię ul. Wenecjańską. Dziś są tam zapuszczone kamienice i garaże. Gdyby obok płynęła rzeka, powstałyby promenady, kawiarniane ogródki, to byłaby bardzo ciekawa przestrzeń - marzy pisarz. Pasewicz pokazuje krzyż chwaliszewski. - Podczas kryzysu z lat 20. powiesił się tu młody robotnik. W pożegnalnym liście napisał: "Nie ma pracy, nie ma chleba; nasrać na Polskę, idę wprost do nieba!". - To prawda, że na Chwaliszewie mieszka najwięcej gejów? - pytam. - Kiedyś krążyły słuchy, że na Wildzie, ale to mit. Nie ma w Poznaniu gejowskiej dzielnicy - mówi Pasewicz. *** Edward Pasewicz wydał pięć tomów poezji, jego wiersze zostały przetłumaczone na osiem języków. Jako pisarz debiutował dwa lata temu powieścią "Śmierć w darkroomie", która przyniosła mu rozgłos. W "Śmierci..." Pasewicz barwnie portretuje poznańskie środowisko gejowskie. Gra na fortepianie. - Zdarza mi się występować z muzykiem jazzowym Wackiem Zimplem. Skomponowałem muzykę do przedstawienia teatralnego - opowiada Edward Pasewicz. Mówi, że z pisania nie jest łatwo się utrzymać. Dlatego imał się różnych zajęć. Był księgowym, magazynierem i windykatorem, teraz pracuje jako barman i menedżer. Urodził się w Kostrzynie nad Odrą, dorastał w Międzyrzeczu, w Poznaniu mieszka od 1997 r. Mówi, że jest poznaniakiem. Ma 38 lat, jest buddystą. źródło: miasta.gazeta.pl- Poznań dzięki bliskości Berlina jest mentalnie nowocześniejszy niż reszta Polski. Ale to moje miasto zupełnie rozpadło się podczas spacyfikowanego Marszu Równości w 2005 r. Poczułem wtedy ogromny żal i wściekłość - mówi pisarz Edward Pasewicz. Gdyby dzisiaj Edward Pasewicz, poeta, pisarz i kompozytor, został prezydentem Poznania, postawiłby na kulturę. - Jak staniesz na rynku i rzucisz jabłkiem, to trafisz pięciu artystów. Miasto tego nie wykorzystuje - mówi. - Wrocław daje duże pieniądze na imprezy kulturalne, bo one momentalnie poprawiają wizerunek miasta. Zagraniczni inwestorzy też zwracają na to uwagę, a nie tylko na tanią siłę roboczą. Czemu w Poznaniu nie odbywają się ciągle festiwale? Do cholery, czy to miasto musi być kojarzone tylko z kupcami i biznesmenami? - denerwuje się. Michał Wybieralski: Prezydent Grobelny pewnie by zapytał: komu zabrać pieniądze, żeby dać artystom? - Choćby zespołom ludowym, w które miasto pompuje ogromne sumy. Tak z ręką na sercu, to kogo one obchodzą? Rozumiem, że kasy brakuje. Ale tu chodzi o podejście, o drobne wsparcie. Jak idziesz do urzędników od kultury, to patrzą na ciebie, jakbyś chciał im wyrwać kawałek mięsa z talerza. Pasewicz chciałby też zmienić poznańską drętwotę. - Proszę zobaczyć, jak Warszawa podchodzi do swojego Powstania, a jak Poznań do Czerwca '56. U nas wszystko musi być takie akademijne, z wielką pompą. Zamiast fajnego komiksu była ta nieszczęsna "Ca Ira" Rogera Watersa. Jeszcze raz przywołuje Wrocław z jego hasłem "Miasto spotkań". - To dobrze brzmi, kojarzy się pozytywnie - uważa. - A "Poznań know how" tworzy wizerunek miasta korporacji, stolicy wielkiego biznesu. Jak dalej tak będziemy postępować z kulturą, to będziemy też stolicą wielkiej intelektualnej biedy - alarmuje. Prezydent Pasewicz postawiłby też na historię i tradycję miasta. - Jak mówimy komuś, że tu zaczęła się Polska, to robi to wrażenie. Ale tego też nie potrafimy wykorzystać. Poznań wstydliwie i skwapliwie pomija swoją pruską historię. Wiedział pan, że na ul. Podgórnej 6 urodził się Paul von Hindenburg, prezydent Republiki Weimarskiej? Poznań ma wiele takich historycznych ciekawostek. Nie rozumiem, czemu nie powstają o nich artykuły. To zadanie dla "Gazety", by pokazać mieszkańcom, jaką Poznań ma barwną historię. Ona też może służyć do promowania miasta - mówi pisarz. - Pan ciągle narzeka na Poznań, a jednak tu mieszka - zauważam. - Z perspektywy rodzinnego Międzyrzecza Poznań zawsze był punktem docelowym. Mógłbym jeszcze mieszkać w Krakowie, a na świecie, to w Barcelonie. W Krakowie siadasz przy rynku, wypijasz kawę i sztoka, rozmawiasz z ludźmi, wydaje ci się, że minęła chwila, a to kilka godzin. Mam w sobie dozę rozwlekłości. Jakby na to nałożył się krakowski spleen, to już nic bym nie zrobił. A w Poznaniu w powietrzu czuć pośpiech. To dopinguje do pracy. Poznań to miasto zawałowców, a Kraków - wrzodowców - uśmiecha się. - Mówi pan, że o Poznaniu pisze się albo budyniowato, jak w "Jeżycjadzie" Małgorzaty Musierowicz, albo okrutnie, jak w pańskiej powieści "Śmierć w darkroomie". Co to miasto panu zrobiło, że jest pan wobec niego okrutny? - pytam. - Kiedy na początku lat 90. rodził się w Polsce ruch gejowski, Poznań jawił mi się jako mekka. Wydawało mi się, że to tolerancyjne miasto. Dzięki bliskości Berlina jest mentalnie nowocześniejsze niż reszta Polski. To moje urojone miasto zupełnie rozpadło się podczas spacyfikowanego Marszu Równości w 2005 r. Poczułem wtedy ogromny żal i wściekłość. Podczas manifestacji oberwałem końskim gównem, rzucali w nas kibole, a to końskie łajno i tak było chyba lepsze od kamieni czy butelek - opowiada Pasewicz. - Od tego marszu zaczyna się też moja książka. Kiedy radny PiS Michał Grześ oskarżył słonia Ninio z poznańskiego zoo o gejostwo, Pasewicz ze znajomymi artystami zorganizował festiwal promujący tolerancję. - Poznaniacy dobrze na niego zareagowali. Pokazali, że mają poczucie humoru - mówi Pasewicz. - Dzięki temu odbudowuję tolerancyjny Poznań z moich wyobrażeń. To podobno najbardziej gejowskie miasto w Polsce. W zeszłym roku było takie badanie w "Dzienniku". Wyszło z niego, że 7 proc. mieszkańców to geje - mówi. - To jak to jest z tym Poznaniem? Jest gejowski i tolerancyjny czy ksenofobiczny? - dociekam. - To mieszczańskie miasto. Tu wielu rzeczy się nie zauważa, bo nie wypada. Poznań wszystkie skandale zjada i trawi, wszyscy o nich zapominają. O sprawie Paetza i Kroloppa wszyscy wiedzieli, ale milczeli. - Jak pan się czuje jako dyżurny gej Poznania? - pytam. - Wolę być głosem rozsądku. Jak dziennikarz pyta, co myślę o zawłaszczaniu Oscara Wilda przez katolików, to mówię, że ani on tylko katolicki, ani tylko gejowski. Tydzień temu w ramach Manii Poznania po mieście oprowadzał prezydent Ryszard Grobelny. Pokazał "jazdę obowiązkową" - Stary Rynek i Stary Browar. Pasewicz pokazuje nam drugą twarz Poznania. Prowadzi śladem zapomnianych historii, po zaniedbanych podwórkach, między secesyjnymi kamienicami. Omija Stary Rynek. - Nie lubi pan rynku? - dziwię się. - Nie przepadam za nim w święta i weekendy. Pełno tam ludzi. Rynek najlepiej wygląda w zimowe poranki, kiedy jest cały zaśnieżony. Lubię Chwaliszewo, gdzie mieszkam. To miejsce zachowało swój dawny, wyspiarski klimat. Czuję się tu trochę jak na wsi. Zdaniem Pasewicza Chwaliszewo znów powinno być wyspą, trzeba odkopać stare koryto Warty. - Bardzo lubię ul. Wenecjańską. Dziś są tam zapuszczone kamienice i garaże. Gdyby obok płynęła rzeka, powstałyby promenady, kawiarniane ogródki, to byłaby bardzo ciekawa przestrzeń - marzy pisarz. Pasewicz pokazuje krzyż chwaliszewski. - Podczas kryzysu z lat 20. powiesił się tu młody robotnik. W pożegnalnym liście napisał: "Nie ma pracy, nie ma chleba; nasrać na Polskę, idę wprost do nieba!". - To prawda, że na Chwaliszewie mieszka najwięcej gejów? - pytam. - Kiedyś krążyły słuchy, że na Wildzie, ale to mit. Nie ma w Poznaniu gejowskiej dzielnicy - mówi Pasewicz. *** Edward Pasewicz wydał pięć tomów poezji, jego wiersze zostały przetłumaczone na osiem języków. Jako pisarz debiutował dwa lata temu powieścią "Śmierć w darkroomie", która przyniosła mu rozgłos. W "Śmierci..." Pasewicz barwnie portretuje poznańskie środowisko gejowskie. Gra na fortepianie. - Zdarza mi się występować z muzykiem jazzowym Wackiem Zimplem. Skomponowałem muzykę do przedstawienia teatralnego - opowiada Edward Pasewicz. Mówi, że z pisania nie jest łatwo się utrzymać. Dlatego imał się różnych zajęć. Był księgowym, magazynierem i windykatorem, teraz pracuje jako barman i menedżer. Urodził się w Kostrzynie nad Odrą, dorastał w Międzyrzeczu, w Poznaniu mieszka od 1997 r. Mówi, że jest poznaniakiem. Ma 38 lat, jest buddystą. źródło: miasta.gazeta.pl |