 07.08.2007 22:46 BRAMKA: źle dałeś dupy, nie wchodzisz Zjawisko bramki, czyli zakazu wchodzenia do danego lokalu, ma w Polsce długą tradycję, sięgającą jeszcze okresu PRL. Już za złotych czasów "dancingów" nie wpuszczano na nie osób ubranych nieodpowiednio bądź wszczynających awantury. Także złodzieje tzw. "towarów deficytowych", czyli na tamten okres np. papieru toaletowego, czy też meliniarze, nie byli mile widziani w jakimkolwiek lokalu. I słusznie. Dzisiaj natomiast lokale, zwłaszcza branżowe, uwielbiają wymyślać coraz to nowsze przyczyny, aby kogoś do środka nie wpuścić - w myśl zasady "dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie". Dla przykładu daje się bramki osobom, które albo dają niewygodne dla danej placówki komentarze na portalach, albo przespały się z managerem w sposób dla niego niezadowalający. PRACA W KLUBIE: na czarno albo wypierdalaj Znaleźć w naszym kraju dobrą pracę jest bardzo ciężko, tym bardziej dla studentów. Praca w klubie jest zajęciem fajnym: można jednocześnie studiować, pracować za dnia, ale przede wszystkim nawiązuje się nowe znajomości, nieraz na całe życie. Najdziwniejszy jest jednak fakt, iż zasady zatrudniania pracowników reguluje w naszym kraju tzw. Prawo Pracy. Zgodnie z Nim, zawiera się umowę o pracę bądź umowę - zlecenie. Tymczasem "pospolitość skrzeczy" - jak mawiał Wyspiański i lokale uwielbiają robić z nas murzynów i zatrudniają nas na czarno. Pieniądze dostaje się raz na tydzień i da swidania, gdyż do pracy najczęściej przychodzimy na telefon, więc nie ma nawet pewności, czy dalej tu pracujemy. W moim ulubionym sopockim lokalu dodatkowym kryterium jest przespanie się ze współwłaścicielem. Normą jest także sprawdzanie przez niego jędrności pup pracujących tam barmanek i nie tylko. Niezaliczenie jakiegokolwiek z testów równa się nie tylko zakończeniem współpracy, ale także bramką. MUZYKA: bawimy się przy tym, co dobrze znamy Właściciele lokali sprawę muzyki spychają na szary koniec swoich obowiązków. Ich zdaniem, klubowiczom wystarczają rezydenci, gdyż leci to samo co tydzień i ludzie tak i tak dobrze się bawią. Sami rezydenci dzielą się na gorszych i lepszych - ci pierwsi najczęściej albo nie potrafią robić przejść pomiędzy kawałkami albo puszczają utwory ściągane z sieci albo dilują, by jako tako utrzymać swoją pozycję "pana i władcy". Bardzo pozytywnym zjawiskiem są rezydenci lepsi, którzy i grają z winyli i grają nowsze kawałki i starają się podnosić poziom lok ... ... alu poprzez zapraszanie zaprzyjaźnionych dejotów. Tutaj pojawiają się problemy - dobry dejot, nawet zaprzyjaźniony, bierze za seta co najmniej połowę swojej stawki, a niektórzy właściciele nawet tyle nie chcą zapłacić. Może rzeczywiście nie mogą sobie na to pozwolić. Zawsze jednak można znaleźć rozwiązanie takiej sytuacji.
Ciekawe jest także zdanie, jakie właściciele klubów mają o swoich rezydentach. Generalnie, wychodzą oni z założenia, że rezydent gra u mnie i to mi wszystko zawdzięcza. Nie interesuje ich to, że ten rezydent np. gra też w poznańskim SQ czy supportuje Adamusa. Dla niektórych najważniejszym kryterium przy ocenie rezydenta jest jego pozycja w rankingu dejotów - portalu gejowskim! Przyznaje, trzeba brać to pod rozwagę, gdyż na tego typu portale 99 procent internautów wchodzi w celach wyłącznie matrymonialnych, ale gdy jest to jedyne kryterium oceny didżeja - rezydenta, właściciel dobitnie udowadnia, że jego kumacja muzyczna jest zbieżna do zera bezwzględnego. To tak jakby robić ranking klubów na podstawie miejsca, w którym klubowy diler trzyma swój towar, na zasadzie najbardziej paranormalna skrytka - najgłupszy klub.
DRAGI: właściciel trzepie kasę, manager pozwala na handel a szary dejot diluje jak się da
Narkotyki były, są i będą obecne na każdej dobrej imprezie. Dilerki zlikwidować się nie da, bo jak lokal pozbędzie się jednego, to na jego miejsce od razu wskoczy następny. Powszechnie praktyką jest tzw. "ciche przyzwolenie" na handel, które właściciele wydają jednej osobie na zasadach "znamy Ciebie, znamy Twój towar, jak coś nawali, to my się nie znamy". Sęk w tym, że klubowego dilera trzeba wybierać z rozwagą, zasięgając opinii u konsumentów, czy aby jego towar jest taki dobry jak on sam zachwala. Najczęściej towar dilerów - rezydentów jest jednak bardzo słabej jakości, gdyż on sam - jak każdy pośrednik - chce zarobić i rozrzedza towar jak tylko się da. Najgorsze w tym wszystkim że nie on jeden i tak dostajemy np. amfę z tak skrajnymi dodatkami, jak opiłki szkła, które podrażniają śluzówkę nosa.
Drugą sprawą jest skala tego zjawiska: jeżeli dragi proponuje barman i to przypadkowym klientom albo dilerem jest didżej, handlujący w kiblu w sposób taśmowy na zasadzie "next", to zachodzi to za daleko. Ostatnimi czasy odwracają się pewne schematyczne zachowania: didżej zamiast handlować cichaczem robi to jawnie, a imprezowicze zamiast brać tak "aby inni widzieli, że biorę, bo to jest jazzy", r ... ... obią to bardzo skrycie. Najśmieszniejsze są akcje w stylu dejot - diler sam nie zna umiaru i bierze gdzie się da, następnie podciągając nosem przez jakiś czas. To jest już żenujące i taki obraz w klubie obniża poziom lokalu o jeden.
MEDIA: ty nie masz pojęcia o prowadzeniu klubu
Najśmieszniejsze jest jednak podejście lokali do mediów. Najczęściej szanujący się lokal już na początku swojego istnienia wyznacza tzw. "osobę ds. kontaktów z mediami", czyli najczęściej managera. Czasami jednak takich osób brak, w związku z czym musimy rozmawiać z właścicielami, didżejami albo i barmanami. Kluby są bardzo wyczulone na punkcie jakiejkolwiek krytyki i nigdy nie przyjmują jej do wiadomości - nie akceptują, zaprzeczają itp. Czasami dochodzi nawet do sytuacji absurdalnych, gdy danemu redaktorowi wręcza się bramkę pod warunkiem zaprzeczenia stawianym zarzutom bądź opisywanym faktom oraz przeproszenia właściciela lub osoby, która się za takowego podaje. Każdy szanujący się dziennikarz sprawdza potencjalnego rozmówcę i jeżeli na dzień dobry słyszy od managera, że ten jest właścicielem i on stworzył ten lokal, ton rozmowy jest zupełnie inny. Chociaż z samą bramką też czasami jest dziwnie, bo dostajemy ją od jednego współwłaściciela, podczas gdy drugi wpuszcza nas z otwartymi ramionami. Świadczy to o przepływie informacji w klubie.
Najstraszliwszą rzeczą jest jednak zarzucanie kłamstwa bądź odwracanie kota ogonem, albo wmawianie nam rzeczy nieprawdziwych wręcz absurdalnych. Mojej osobie próbowano wmówić nieudane próby dodzwonienia się do mnie, kiedy to mój rozmówca nie potrafił nawet podać mojego numeru telefonu. Podobnie sugerowanie, że nic się nie wie o dilerce w swoim lokalu, gdy znajomi managera kupują towar u dilerki - rezydentki jego własnego lokalu.. Podobnych historii jest mnóstwo; wszystkie świadczą nie tyle o braku szacunku do krytyki, ale o swoistym samo zachwycie prowadzącego klub, zwłaszcza w przypadku posiadania monopolu na klub branżowy w danej aglomeracji.
PODSUMOWANIE: przecież tak i tak będziemy tam chodzić, bo tu nie ma konkurencji
Prowadzenie klubu jest wbrew pozorom dobrym interesem. Najlepiej jest jednak, gdy w danym mieście bądź aglomeracji miejskiej prowadzi się jedyny lokal tzw. tematyczny, czyli np. branżowy lub house'owy. Właściciele nie mając konkurencji pozwalają sobie na wszystko i wtedy w danym lokalu spotyka się najwięcej wymienionych w powyższych punktach sytuacji. Są też takie kluby, w których dochodzi do wszys ... ... tkich omówionych przeze mnie paranoi. Tego typu miejsca tak naprawdę skazane są na klęskę, gdyż w momencie gdy otworzy się jakakolwiek konkurencja, bywalcy przeniosą się tam w celu obczajenia, czy jest lepiej czy gorzej i w momencie, gdy jest chociażby odrobinę lepiej - abstrakcyjny przykład: jakość amfetaminy jest dużo dużo wyższa - przenoszą się do nowo otwartego przybytku. Powrotu nie ma, nowy lokal działa i tak do czasu otwarcia się kolejnej konkurencji: znowu rozkminka i karawana jedzie dalej. rysiU.homopak.plBRAMKA: źle dałeś dupy, nie wchodzisz Zjawisko bramki, czyli zakazu wchodzenia do danego lokalu, ma w Polsce długą tradycję, sięgającą jeszcze okresu PRL. Już za złotych czasów "dancingów" nie wpuszczano na nie osób ubranych nieodpowiednio bądź wszczynających awantury. Także złodzieje tzw. "towarów deficytowych", czyli na tamten okres np. papieru toaletowego, czy też meliniarze, nie byli mile widziani w jakimkolwiek lokalu. I słusznie. Dzisiaj natomiast lokale, zwłaszcza branżowe, uwielbiają wymyślać coraz to nowsze przyczyny, aby kogoś do środka nie wpuścić - w myśl zasady "dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie". Dla przykładu daje się bramki osobom, które albo dają niewygodne dla danej placówki komentarze na portalach, albo przespały się z managerem w sposób dla niego niezadowalający. PRACA W KLUBIE: na czarno albo wypierdalaj Znaleźć w naszym kraju dobrą pracę jest bardzo ciężko, tym bardziej dla studentów. Praca w klubie jest zajęciem fajnym: można jednocześnie studiować, pracować za dnia, ale przede wszystkim nawiązuje się nowe znajomości, nieraz na całe życie. Najdziwniejszy jest jednak fakt, iż zasady zatrudniania pracowników reguluje w naszym kraju tzw. Prawo Pracy. Zgodnie z Nim, zawiera się umowę o pracę bądź umowę - zlecenie. Tymczasem "pospolitość skrzeczy" - jak mawiał Wyspiański i lokale uwielbiają robić z nas murzynów i zatrudniają nas na czarno. Pieniądze dostaje się raz na tydzień i da swidania, gdyż do pracy najczęściej przychodzimy na telefon, więc nie ma nawet pewności, czy dalej tu pracujemy. W moim ulubionym sopockim lokalu dodatkowym kryterium jest przespanie się ze współwłaścicielem. Normą jest także sprawdzanie przez niego jędrności pup pracujących tam barmanek i nie tylko. Niezaliczenie jakiegokolwiek z testów równa się nie tylko zakończeniem współpracy, ale także bramką. MUZYKA: bawimy się przy tym, co dobrze znamy Właściciele lokali sprawę muzyki spychają na szary koniec swoich obowiązków. Ich zdaniem, klubowiczom wystarczają rezydenci, gdyż leci to samo co tydzień i ludzie tak i tak dobrze się bawią. Sami rezydenci dzielą się na gorszych i lepszych - ci pierwsi najczęściej albo nie potrafią robić przejść pomiędzy kawałkami albo puszczają utwory ściągane z sieci albo dilują, by jako tako utrzymać swoją pozycję "pana i władcy". Bardzo pozytywnym zjawiskiem są rezydenci lepsi, którzy i grają z winyli i grają nowsze kawałki i starają się podnosić poziom lokalu poprzez zapraszanie zaprzyjaźnionych dejotów. Tutaj pojawiają się problemy - dobry dejot, nawet zaprzyjaźniony, bierze za seta co najmniej połowę swojej stawki, a niektórzy właściciele nawet tyle nie chcą zapłacić. Może rzeczywiście nie mogą sobie na to pozwolić. Zawsze jednak można znaleźć rozwiązanie takiej sytuacji. Ciekawe jest także zdanie, jakie właściciele klubów mają o swoich rezydentach. Generalnie, wychodzą oni z założenia, że rezydent gra u mnie i to mi wszystko zawdzięcza. Nie interesuje ich to, że ten rezydent np. gra też w poznańskim SQ czy supportuje Adamusa. Dla niektórych najważniejszym kryterium przy ocenie rezydenta jest jego pozycja w rankingu dejotów - portalu gejowskim! Przyznaje, trzeba brać to pod rozwagę, gdyż na tego typu portale 99 procent internautów wchodzi w celach wyłącznie matrymonialnych, ale gdy jest to jedyne kryterium oceny didżeja - rezydenta, właściciel dobitnie udowadnia, że jego kumacja muzyczna jest zbieżna do zera bezwzględnego. To tak jakby robić ranking klubów na podstawie miejsca, w którym klubowy diler trzyma swój towar, na zasadzie najbardziej paranormalna skrytka - najgłupszy klub. DRAGI: właściciel trzepie kasę, manager pozwala na handel a szary dejot diluje jak się da Narkotyki były, są i będą obecne na każdej dobrej imprezie. Dilerki zlikwidować się nie da, bo jak lokal pozbędzie się jednego, to na jego miejsce od razu wskoczy następny. Powszechnie praktyką jest tzw. "ciche przyzwolenie" na handel, które właściciele wydają jednej osobie na zasadach "znamy Ciebie, znamy Twój towar, jak coś nawali, to my się nie znamy". Sęk w tym, że klubowego dilera trzeba wybierać z rozwagą, zasięgając opinii u konsumentów, czy aby jego towar jest taki dobry jak on sam zachwala. Najczęściej towar dilerów - rezydentów jest jednak bardzo słabej jakości, gdyż on sam - jak każdy pośrednik - chce zarobić i rozrzedza towar jak tylko się da. Najgorsze w tym wszystkim że nie on jeden i tak dostajemy np. amfę z tak skrajnymi dodatkami, jak opiłki szkła, które podrażniają śluzówkę nosa. Drugą sprawą jest skala tego zjawiska: jeżeli dragi proponuje barman i to przypadkowym klientom albo dilerem jest didżej, handlujący w kiblu w sposób taśmowy na zasadzie "next", to zachodzi to za daleko. Ostatnimi czasy odwracają się pewne schematyczne zachowania: didżej zamiast handlować cichaczem robi to jawnie, a imprezowicze zamiast brać tak "aby inni widzieli, że biorę, bo to jest jazzy", robią to bardzo skrycie. Najśmieszniejsze są akcje w stylu dejot - diler sam nie zna umiaru i bierze gdzie się da, następnie podciągając nosem przez jakiś czas. To jest już żenujące i taki obraz w klubie obniża poziom lokalu o jeden. MEDIA: ty nie masz pojęcia o prowadzeniu klubu Najśmieszniejsze jest jednak podejście lokali do mediów. Najczęściej szanujący się lokal już na początku swojego istnienia wyznacza tzw. "osobę ds. kontaktów z mediami", czyli najczęściej managera. Czasami jednak takich osób brak, w związku z czym musimy rozmawiać z właścicielami, didżejami albo i barmanami. Kluby są bardzo wyczulone na punkcie jakiejkolwiek krytyki i nigdy nie przyjmują jej do wiadomości - nie akceptują, zaprzeczają itp. Czasami dochodzi nawet do sytuacji absurdalnych, gdy danemu redaktorowi wręcza się bramkę pod warunkiem zaprzeczenia stawianym zarzutom bądź opisywanym faktom oraz przeproszenia właściciela lub osoby, która się za takowego podaje. Każdy szanujący się dziennikarz sprawdza potencjalnego rozmówcę i jeżeli na dzień dobry słyszy od managera, że ten jest właścicielem i on stworzył ten lokal, ton rozmowy jest zupełnie inny. Chociaż z samą bramką też czasami jest dziwnie, bo dostajemy ją od jednego współwłaściciela, podczas gdy drugi wpuszcza nas z otwartymi ramionami. Świadczy to o przepływie informacji w klubie. Najstraszliwszą rzeczą jest jednak zarzucanie kłamstwa bądź odwracanie kota ogonem, albo wmawianie nam rzeczy nieprawdziwych wręcz absurdalnych. Mojej osobie próbowano wmówić nieudane próby dodzwonienia się do mnie, kiedy to mój rozmówca nie potrafił nawet podać mojego numeru telefonu. Podobnie sugerowanie, że nic się nie wie o dilerce w swoim lokalu, gdy znajomi managera kupują towar u dilerki - rezydentki jego własnego lokalu.. Podobnych historii jest mnóstwo; wszystkie świadczą nie tyle o braku szacunku do krytyki, ale o swoistym samo zachwycie prowadzącego klub, zwłaszcza w przypadku posiadania monopolu na klub branżowy w danej aglomeracji. PODSUMOWANIE: przecież tak i tak będziemy tam chodzić, bo tu nie ma konkurencji Prowadzenie klubu jest wbrew pozorom dobrym interesem. Najlepiej jest jednak, gdy w danym mieście bądź aglomeracji miejskiej prowadzi się jedyny lokal tzw. tematyczny, czyli np. branżowy lub house'owy. Właściciele nie mając konkurencji pozwalają sobie na wszystko i wtedy w danym lokalu spotyka się najwięcej wymienionych w powyższych punktach sytuacji. Są też takie kluby, w których dochodzi do wszystkich omówionych przeze mnie paranoi. Tego typu miejsca tak naprawdę skazane są na klęskę, gdyż w momencie gdy otworzy się jakakolwiek konkurencja, bywalcy przeniosą się tam w celu obczajenia, czy jest lepiej czy gorzej i w momencie, gdy jest chociażby odrobinę lepiej - abstrakcyjny przykład: jakość amfetaminy jest dużo dużo wyższa - przenoszą się do nowo otwartego przybytku. Powrotu nie ma, nowy lokal działa i tak do czasu otwarcia się kolejnej konkurencji: znowu rozkminka i karawana jedzie dalej. rysiU.homopak.pl |